14 marca 1999, Londyn
Wdech.
Wydech.
Wdech...
- Jesteś pewny, Teodorze ?
- Całkowicie. I ty też to wiesz, po prostu nie chcesz tego do siebie dopuścić, logiki.
Pokiwałam głową. To faktycznie miało sens. Tam było źródło mojego bólu. Nie całego, ale większości.
Wdech.
Wydech.
Wdech...
- Pójdziesz ze mną ?
- Hermiono...
- Tak, wiem... Jesteś moim terapeutą, nie niańką. Rozumiem.
Delikatnie się uśmiechnął. To zadziwiające jak rzadko to robił. Nigdy nawet nie słyszałam jego śmiechu. Potrafił tylko parskać i przewracać oczami z pełnym politowania uśmiechem.
- Chodzi o to, że... - zaczerpnął powietrza. - Musisz zrobić to sama, tylko tak będziesz mogła się od tego uwolnić.
Wdech.
Wydech.
Wdech...
- Nikogo tam nie ma ? Jest opuszczone, tak ?
- Nie znajdziesz tam nawet myszy.
- Lubię myszy...
- Wiem, Hermiono - znowu się uśmiechnął. Prawdopodobnie po raz ostatni. Czasem miałam wrażenie, że miał narzucony jakiś limit.
Bycia miłym.
Pomagania.
Uśmiechania się.
To jednak i tak było znacznie więcej, niż kiedyś. Zmienił się, a przynajmniej próbował. Był psychologiem i przyjacielem. Moim, jedynym.
- Zrobię to teraz - oznajmiłam i nie czekając na pozwolenie, po prostu wyszłam. Nie zwracałam uwagi na nikogo mijanego na korytarzu. Nawet widok Ginny nie zrobił na mnie wrażenia.
Szłam dalej.
W końcu wyszłam na ulicę i, bez ostrzeżenia dla ludzi obok, teleportowałam się. Nieprzyjemne uczucie w okolicy pępka doprowadziło mnie do lekkich mdłości. Wsparta na kolanach normowałm oddech.
Wdech.
Wydech.
Wdech...
Z zamkniętymi nadal oczami uniosłam głowę.
Wdech.
Wydech.
Wdech...
Bałam się, bałam się tak bardzo, że brakowało mi powietrza.
Powoli otworzyłam oczy.
Gwałtownie zamrugałam, wyraźnie widząc całą okolicę.
Malfoy Manor.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz